|
Saaremaa, estońska wyspa leżąca we wschodniej części Bałtyku, najbardziej znana jest polskim żeglarzom płynącym w kierunku Rygi, Tallina i Helsinek. Inni znajomi słysząc tę nazwę przypuszczają, że kraina znajduje się w… dalekich egzotycznych stronach.

Od czterech lat razem z dwoma kolegami odwiedzamy na rowerach kolejne wyspy bałtyckie. Byliśmy już na Gotlandii, Alandach i Olandii. Teraz przyszła pora na Saaremę. W planach jest Bornholm. Podróże te nazywamy naszą „Koroną Bałtyku”. Brzmi to górnolotnie, ale „objechanie” pięciu największych wysp sprawi dodatkową satysfakcję.
Z Polski w kierunku Saaremy jedziemy samochodem z rowerami na bagażniku. Po noclegu u naszego przyjaciela w gościnnym i magicznym domu nad Wigrami, przejechaniu Litwy, nocujemy w Ventspils na Łotwie. Stąd następnego dnia odpływa prom m/s Scania na Saaremę. Samochód zostaje na parkingu strzeżonym.
Przez sześć dni „objeżdżamy” zachodnią część wyspy. Dzienne odcinki mają od 50 do 70 km, a na mecie licznik pokazuje 376 km.
1. dzień
Po południu m/s Scania przybija do nabrzeża w Mõntu, na półwyspie Sörve (Sõrve poolsaar). Robię pamiątkowe zdjęcie z podniesioną furtą dziobową promu w tle i wyruszamy do latarni morskiej w Sääre, a następnie w kierunku klifu Ohessaare.

Po drodze naszą uwagę zwraca kamienna plaża, na której są setki kopczyków. Tak bardzo dużej ich ilości, w jednym miejscu, nigdzie nie widziałem. Nie mają one jednak żadnego związku z dawnymi wierzeniami czy praktykami rytualnymi. Są jedynie formą zabawy i rodzajem sztuki zwanej „rock balancing”. A może to również urokliwe miejsce powoduje, że odwiedzający je turyści chcą zostawić świadka swoich doznań i emocji? Dokładam „swój” kamień na najwyższy kopiec, aby patrzył na inne z góry… Niedaleko kamienistej plaży natrafiamy na kolejną atrakcję – dobrze zachowany pojedynczy stary wiatrak. Na całej wyspie jest ich znacznie więcej, dlatego Saaremaa nazywana jest „wyspą wiatraków”. Współczesnym elektrowniom wiatrowym, które mijamy, brakuje romantyzmu, ale są kontynuacją wiekowej tradycji.
Większość dróg na wyspie ma nawierzchnię szutrową. Mankamentem są tumany wapiennego pyłu ciągnące się za każdym samochodem. Zanim wjadę w ciągnącą się za autem białą chmurę, nabieram dużo powietrza i czekam, aż się nieco przerzedzi. Całe szczęście, że ruch samochodowy jest niewielki.
Wieczorem, jesteśmy we wsi Salme. „Wieczór” to określenie dosyć umowne, bo na początku lipca zmrok zaczyna zapadać dopiero około 22.30. W miejscowym sklepie uzupełniamy prowiant. Jest dobrze zaopatrzony i czynny we wszystkie dni tygodnia. Ceny są zbliżone do polskich, tylko w niektórych wypadkach nieco wyższe.
2. dzień
Od rana zaczyna padać. Po kliku godzinach jesteśmy nie tylko mokrzy, ale również kompletnie zachlapani błotem. Mamy szczęście, po drodze, spotykamy Maarikę Tomel, która pracuje w organizacji turystycznej promującej aktywny wypoczynek i dziedzictwo kulturowe Saaremy. Maarika poleca hostel w Kihelkonna i telefonicznie zapowiada nasz przyjazd.
W przerwie między kolejnymi opadami deszczu objeżdżamy okolicę. Kościół z XIII wieku w Kihelkonna jest jednym z największych i najstarszych obiektów sakralnych w całej Estonii. Właśnie trwają prace konserwatorskie. Spod delikatnie zeskrobywanych warstw farb ukazują się dawne zdobienia. Z wieży kościoła rozciąga się widok na otaczające wieś lasy i odległą zatokę. Wiele obiecujemy sobie po wizycie w znajdującym się niedaleko małym porcie. Niestety, przy nabrzeżu stoją stare obiekty przetwórni ryb i zdewastowane instalacje do ich transportu bezpośrednio z kutra. Wszystkie jednostki pływające są w morzu.

3. dzień
Schronisko, w którym spędziliśmy noc nie ma stałej obsługi, dlatego przed wyruszeniem w dalszą drogę odwiedzamy Maarikę, aby oddać klucze. Korzystamy z zaproszenia na kawę i ciasto. Naszą uwagę zwracają flądry suszące się na sznurze w ogródku. Pokrojone w paski są miejscową przekąską do piwa. Przy okazji uczymy się prawidłowego wymawiania estońskich nazw i imion – podwójne samogłoski – jak np. aa w imieniu Maarika wymawia się jako długie „a”.
Celem etapu jest leżący na północnym-zachodzie półwysep Harilaid na terenie Parku Narodowego Vilsandi. Na samym cyplu znajduje się krzywa latarnia morska Kiipsaare. Około 3 kilometry przed latarnią zmotoryzowani muszą zostawić swoje pojazdy na parkingu i dalszy odcinek pokonać pieszo. Mamy małą satysfakcję, że jesteśmy szybsi, ale do czasu… kiedy zacznie się totalny piach i rowery bierzemy na „pych”. Zza wydmy widzimy już latarnię. Jest nieczynna, stoi w wodzie około kilkunastu metrów od brzegu. A jeszcze w 1997 roku była na plaży. Pochyla się z szacunkiem w kierunku morza, które odebrało jej ląd. Wybudowana w 1933 roku stała 25 metrów od brzegu. Przekonujemy się o potędze sił natury.
4. dzień
Dalsza trasa prowadzi zachodnim brzegiem Zatoki Tagalaht i następnie przez Mustjala do Tagaranna. Ponad 50 km asfaltem sprawia, że cel osiągamy „przed czasem”. Jest to doskonałą okazją do spokojnego objechania cypla Ninase. Czas na spacer po klifie, zbudowanie kamiennego kopczyka na pobliskiej plaży i oddychanie bałtycką bryzą. W okolicy jest wiele domków letniskowych, które prawdopodobnie zaludniają się tylko w weekendy – generalnie jest dosyć pusto. Nocujemy na kempingu, gdzie oprócz nas mieszka tylko jedno małżeństwo.

5. dzień
Jedziemy drogą wzdłuż morza po zachodniej stronie półwyspu, brzegami zatok Kugalepa, Lõuka i Tagalaht. Trasa jest bardzo urozmaicona. Czasami prowadzi drogą gruntową, czasami skrajem kamienistej plaży lub obok bagna z kałużami sięgającymi niemal do suportu. Jazda brzegiem morza oraz piękne widoki są najlepszą nagrodą za nudne odcinki asfaltu. Po kilkunastu kilometrach, już w lesie, zza zakrętu wyłania się Citroën Berlingo ze znaczkiem PL na tablicy rejestracyjnej. Podróżuje w nim czteroosobowa rodzina wracająca z Finlandii. Są jedynymi ludźmi jakich spotykamy na odcinku ponad 20 kilometrów. Po kilku kilometrach trafiamy na biwak z namiotem naszych znajomych, ze stojącym obok bukietem leśnych kwiatów w puszce po piwie… Żubr.
Miejsca przeznaczone do biwakowania, oznaczone na mapach, często są wyposażone w wiatę lub zadaszony stół oraz stalowe palenisko do grillowania. Podczas naszej podróży nie korzystamy z nich, ale warto o nich pamiętać, gdy zajdzie potrzeba noclegu z dala od osad ludzkich podczas np. załamania pogody.
Kemping nad Jeziorem Karujärv jest miejscem krótkiego odpoczynku. Jezioro Niedźwiedzie, bo tak się zwie, wymieniane jest w informatorach, jako jedna z atrakcji turystycznych wyspy. Prawdopodobnie, zdecydował o tym jego wiek, określany na ponad osiem tysięcy lat, oraz legendarna walka siedmiu niedźwiedzi o, położone wśród lasów, miejsce. Niczym innym nie da się tego wytłumaczyć…
Noc w stolicy wyspy Kureesaare spędzamy w schronisku młodzieżowym. Wcześniej przejażdżka do mariny, wokół zamku biskupiego i główną ulicą Lossi. Właśnie tutaj w kawiarnianych ogródkach, niedaleko ratusza, koncentruje się wieczorne życie towarzyskie. Miasto jest zadbane, czyste, a jego wygląd niepodobny do wcześniej odwiedzanych, prowincjonalnych miasteczek.
6. dzień
Targ w samym centrum Kureesaare ułatwia poznanie codziennego życia jego mieszkańców. Można tam kupić m.in. owoce, warzywa, odzież i świeże ryby. Są również wyroby miejscowego rękodzieła wykonane głównie z drewna - łyżki, cebrzyki oraz różnego rodzaju podstawki i deski. Typowe pamiątki dla turystów mają wypalone charakterystyczne dla wyspy wiatraki, latarnie morskie i żaglowce.
Najważniejszym zabytkiem w Kuressaare jest były zamek biskupi pochodzący z końca XIV wieku. Na przełomie XIV i XV wieku, został otoczony 625 metrowym murem o wysokości 7 metrów, którego część zachowała się do dzisiaj. Dostępu do warowni broni również fosa i znajdujące się nad nią cztery bastiony. Jest to jeden z lepiej zachowanych, w Krajach Bałtyckich, średniowiecznych zamków. W jego wnętrzach znajduje się muzeum z ekspozycjami opowiadającymi m.in. o historii wyspy (od czasów prehistorycznych do odzyskanie niepodległości 20 sierpnia 1991 roku), etnografii i przyrodzie.
Ostatni nocleg spędzamy w namiotach, obok latarni morskiej Sääre, jako jedyny podczas całej wyprawy na „dziko”.

7. dzień
O świcie budzą mnie krzykliwe mewy. Idę na spacer po plaży, gdzie znajduję wiele kamyczków z otworkami i wgłębieniami. Nietypowe okazy zabieram na pamiątkę, aby oprócz wspomnień mieć w domu „kawałek” wyspy. Jak dowiedziałem się po powrocie od specjalistów z Muzeum Ziemi, może to świadczyć o obecności tzw. skałotoczy –organizmów żywych, które szukając schronienia drążą jamki w skałach.
Z Sääre do przystani promowej w Mõntu jest tylko 9 kilometrów. m/s Scania od wczoraj czeka na pasażerów. A nas, czekają jeszcze 4 godziny rejsu, 8 godzin samochodem i z powrotem jesteśmy w gościnnym, magicznym domu nad Wigrami. Magicznym, bo jest tam m.in. skrzypiąca drewniana podłoga i piec kaflowy w kuchni, na którym sypia gospodarz.

Warto wiedzieć
Prom m/s Scania między Ventspils (Łotwa) i Mõntu na Saaremie kursuje tylkow okresie letnim. Podróż trwa około 4 godziny. Na promie jest restauracja, samoobsługowe bistro oraz sklepik z pamiątkami i napojami. W kasie można dokonać wymiany walut - Euro na Korony Estońskie (EEK) oraz waluty Krajów Bałtyckich. W stoisku informacyjnym są katalogi i mapy Saaremy.
SAAREMAA – druga co do wielkości wyspa na Bałtyku (po Gotlandii) ma powierzchnię 2673 km2. Położona jest we wschodniej części Morza Bałtyckiego u ujścia Zatoki Ryskiej. Na Saaremie mieszka ponad 36 000 osób, z czego około 16 000 osób w stolicy wyspy Kuressaare. Estończycy stanowią 98% mieszkańców, Rosjanie 1,2%, reszta to m.in. Finowie i Ukraińcy. Wyspa zbudowana jest z wapieni, ma charakter nizinny (średnia wysokość ok. 25 m.n.p.m.), lasy zajmują około połowę powierzchni. Klimat umiarkowany morski, średnia temperatura w lecie +19 st. C, zimą -1 st. C. Najwięcej osób zatrudnionych jest w przemyśle cementowym i budownictwie, ale rozwija się również w rolnictwo i rybołówstwo. Coraz większego znaczenia nabiera turystyka. Co roku wyspę odwiedza ponad 200 000 tysięcy turystów, 30% stanowią obcokrajowcy - głównie Skandynawowie, Niemcy oraz mieszkańcy Krajów Bałtyckich.
Tekst: Wojciech Choina
Zdjęcia: Włodzimierz Amerski, Wojciech Choina |